Merry Christmas

Boże Narodzenie, Gwiazdka, Święta, Holiday Season – to zawsze był dla mnie wspaniały czas.
W tym wpisie skupię się jednak na rodzinno – tradycyjnym jego aspekcie i nie odniosę się do wymiaru religijnego.
Kojarzył mi się z ciepłem, korzennymi przyprawami, pieczonymi jabłkami, rodzinnymi rytuałami, sprzeczkami o to jak ubrać choinkę, wbijaniem goździków w pomarańcze, mnóstwem lampek, marznięciem na pasterce, a w końcu najważniejszym – wigilią, podczas której cała rodzina (no, może nie cała, ale 10-15 osób na pewno) zasiada do wspólnego stołu. Wigilia nigdy nie była przykrym obowiązkiem. Raczej najważniejszym spotkaniem rodzinnym w roku. Pięknym, radosnym, pełnym wzruszeń i prawdziwego ciepła rozgrzewającego nie tylko ciało, ale głównie serca. 24 grudnia każdy znajduje chwilę, by zatrzymać się i przez kilka minut porozmawiać z każdym siedzącym przy stole. Dzielenie się opłatkiem nie było dla nas odklepaniem „wszystkiego dobrego wujku”, raczej bardzo intymnym momentem, w którym można powiedzieć sobie nawzajem coś miłego, złożyć szczere życzenia, czy uronić razem kilka łez. Śpiewanie kolęd przy choince, czy kominku nie było po to, by tradycji stało się za dość. Było dla nas, żebyśmy mogli śpiewem wyrzucić z siebie dobre i złe emocje, pośmiać się czy posłuchać jak śpiewają inni i czerpać z tego radość. Prezenty nie były zwykłymi paczkami zawiniętymi w zielono-czerwony papier i rzuconymi pod choinką. Rozdawanie podarunków było ekscytującym rytuałem – czasem odwiedzał nas prawdziwy Mikołaj, na widok którego dzieci drżały i skakały z radości, a czasem wręczała je najmłodsza (umiejąca chodzić i mówić) osoba w rodzinie. Nic jednak nie było za darmo – przed otrzymaniem każdej paczuszki trzeba było wykonać zadanie – przytulić kogoś, kogo lubi się z rodziny najmniej, zaśpiewać kolędę i liczyć, że reszta rodziny dołączy nie skazując obdarowanego na solówkę, czy powiedzieć żonie/mężowi komplement. Po tak dużej dawce emocji większość dzieciaków szła spać, a dorośli zakładali najcieplejsze swetry i ruszali na pasterkę, żeby uczcić to, co w świętach jest najważniejsze – Boże Narodzenie. O 1 w nocy, po uroczystej mszy, na chętnych czekał przygotowany przez tatę aromatyczny grzaniec – ostatni symbol zakończenia najbardziej rodzinnego dnia w roku.

Spisanie powyższych historii jest dla mnie bardzo trudne. Trochę dlatego, że z roku na rok wspomnienia blakną. Stają się coraz bardziej rozmazane, niewyraźne, szare. Część mnie jeszcze potrafi przywołać w sobie te uczucia – ciepła, bezpieczeństwa i radości. Coraz słabiej, ale jednak. Wszystkie te dobrze rzeczy, które działy się we mnie w drugiej połowie grudnia powoli zastępuje ból, mieszający się z rozpaczą, bezsilnością i pustką. To już czwarte święta, które planowałam znów przeżywać wyłącznie we wspomnieniach. I pierwsze, w których poczułam, że już nie dam rady. Przekroczyłam chyba cienką, ledwie widoczną granicę między wspominaniem dobrych czasów z łezką w oku, a torturowaniem się świadomością nieodwracalnego utracenia czegoś, co kiedyś było trzonem wartości nadając rytm codzienności.
Tylko to, że nie dam rady nie znaczy, że problem zniknie. To nie jest postanowienie, że wyłączam się i będzie w porządku. Pod koniec listopada w sklepach rusza świąteczny visual merchandising, w każdej restauracji, kawiarni i barze muszę słuchać piosenek o śniegu, płonącym ogniu i rodzinnym szczęściu, nawet w moim ukochanym Starbucksie flagowym produktem jest Gingerbread Latte. Nie da się przez 2 miesiące omijać wszystkich tych miejsc. Ale być może da się przestawić w głowie myślenie i traktować to wszystko jak sezonowy performance – to rozwiązuje najprostszy z problemów.
W okolicach wigilii zaczynają zewsząd spływać życzenia. Niektóre szczere, inne wysłane z poczucia powinności – to bez znaczenia. Każdy z nas najprawdopodobniej kilkanaście razy usłyszy, że ktoś życzy nam „rodzinnych świąt”. Te słowa dla większości ludzi na świecie są czymś normalnym, może nawet miłym, zwłaszcza, że intencje osoby je wypowiadającej są conajmniej dobre. Ja za każdym razem doświadczam ataku paniki. Z każdym kolejnym smsem, telefonem, czy mailem z życzeniami te ataki są silniejsze. Mail od managera w pracy. Życzenia od współpracowników, którzy 24 grudnia kończą szybciej zmianę żeby szybko dostać się do rodzinnej miejscowości, w czasie gdy ja siedzę i próbuję się nie rozpłakać, jednocześnie udając twardą i odpowiadając możliwie jak najradośniejszym tonem „i nawzajem!”. W końcu telefon od siostry, że myśli o mnie. Dzwoni wczesnym popołudniem, kiedy dopiero zaczynają wszystko przygotowywać i już za kilka godzin zbiorą się razem i będą robić wszystkie te wspaniałe rzeczy, o których pisałam na początku. Rok temu ten telefon sprawił, że się rozsypałam. Będąc jeszcze w pracy pobiegłam do toalety, żeby się rozpłakać, obmyć twarz zimną wodą, poprawić makijaż i jeszcze na chwilę wrócić do swoich służbowych obowiązków. Nie chodzi o to, że wszystkie te osoby celowo chcą sprawić mi ból. Wręcz przeciwnie – chcą dodać mi otuchy, pokazać że choć przez chwilę o mnie pamiętają i że zwyczajnie życzą mi dobrego przeżycia tego czasu.
W końcu kończę pracę, wracam do domu. Czeka tam na mnie ukochana żona, która próbuje dać mi namiastkę tego tradycyjnego przeżywania świąt. Mamy żywą, pachnącą choinkę, lampki, świeczki, wspaniałe jedzenie i siebie nawzajem. To bardzo, bardzo dużo. Nie zostaję więc z niczym. Zostaję z osobą, którą wybrałam na towarzyszkę życia. Wszystko jest piękne, a ja marzę tylko o tym żeby zasnąć i obudzić się jak będzie już po wszystkim. Nie dlatego, że jestem zmęczona i potrzebuję odespać stresujący czas zakończenia kwartału i roku w pracy. Dlatego, że chciałabym uciszyć myśli i wygasić emocje. Uważam, że w życiu nie należy się cofać, oddawać tego co już się posiada, ani tracić cennych rzeczy. Zdrowo jest z każdym krokiem powiększać swój dobytek – nie tylko materialny, ale głównie emocjonalny. Nie kończyć relacji, nie degradować ich, tylko rozwijać, pielęgnować i pozwolić im wzrastać. Nie kończyć pięknych tradycji, tylko wzmacniać je i dbać żeby nigdy nie zniknęły. Nie rezygnować z czegoś ważnego, żeby dostać coś innego.
Niedawno zdałam sobie sprawę z faktu, że jestem bardzo rodzinną osobą. I, że zawsze chciałam rodzinę poszerzać. Naturalnym krokiem po poznaniu mojej obecnej żony wydawało mi się włączenie jej w najwspanialsze momenty życia mojej rodziny. W momenty, które przez 24 lata mojego życia kształtowały mnie, a ja byłam ich pełnoprawnym członkiem mającym wpływ na ich przebieg. 24 lata to prawie 86% mojego życia. Jak mogę oczekiwać od siebie, że nagle po stracie tego, co stanowiło o moim podejściu do rodziny i bliskości przez 86% mojego życia, zacznę cieszyć się brakiem tego wszystkiego zamienionym na święta we dwoje, ze świadomością, że reszta rodziny kontynuuje wszystko, tylko beze mnie? Przez ostatnie 3 lata z wypiekami na twarzy czekałam na jakiekolwiek zdjęcia na instagramie, czy facebooku moich członków rodziny, żebym mogła choć trochę wejść z powrotem do tego świata. I weszłam, za głęboko. Na facebooku szwagra pojawiło się jakieś rodzinne zdjęcie przy kominku (bardzo ładne zdjęcie), z opisem w stylu „radosnych świąt życzą XYZ”. A pod zdjęciem komentarz jednego z wujków – „ręczę za to swoim słowem, że było pięknie, bo byliśmy tam wszyscy razem”.
Nie kurwa, nie byliśmy.
W tym roku będzie inaczej. Spędzę święta z żoną, jej mamą i babcią. Cztery kobiety, cztery historie. Dla każdej z nas ten czas będzie czymś nowym. Sandra uczy się tradycji, które próbuję jej pokazać. Jednocześnie to pierwsze święta bez taty – osoby spajającej rodzinę i rozświetlającej jej codzienność. Dla mnie to pierwsze święta spędzone z rodziną i żoną jednocześnie. Nie łączą mnie z nimi więzy krwi, ale czuję, że te kobiety przyjęły mnie do siebie. Nie jestem już kolejną dziewczyną ich córki, wnuczki. Jestem Anią. – osobą która jest przy nich w trudnych i wesołych momentach.
Tak naprawdę nie znam już nawyków i tradycji mojej rodziny pochodzenia – nie wiem jakimi ludźmi są teraz, jak celebrują ważne momenty, czy coś się zmieniło, jak odejście kilku członków i jak przyjęcie nowych ich zmieniło. Doszłam do momentu w którym szczerze życzę im wspaniałych świąt, w których wszelkie pustki zostaną zapełnione ciepłem i miłością. Ja jednak postanowiłam zostawić ten etap za sobą – trochę nie miałam wyboru, a trochę moja świadomość staje na nogi. Nikt nie odbierze mi tego, czego nauczyły mnie długie lata spędzone w domu z bogatymi tradycjami. Ale teraz, razem z Sandrą tworzymy nowe rytuały, które kiedyś staną się tradycjami.

Jednocześnie jak co roku chciałabym złożyć Wam życzenia, kierując je głównie do osób samotnych, wykluczonych i niewyoutowanych którzy we zdwojoną mocą walczą z bólem wywołanym koniecznością ukrywania swojej orientacji przed zebraną w domu rodziną.
To trudny czas dla wielu osób LGBT+. Spróbujcie przeżyć go w spokoju. Życzymy Wam dużo siły i nadziei. Trzymajcie się!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.